Do porannej kawki… Paradoks biegunki polega na tym, że jest ona jednocześnie zjawiskiem częstym jak i rzadkim.
Podobnie jest w strzelectwie bojowym z dążeniem do celności - jest ono jednocześnie czymś dobrym i czymś potencjalnie szkodliwym. Już tłumaczę, dlaczego.
Podstawą zrozumienia tego problemu jest osadzenie samoobrony w konkretnych okolicznościach. W przeciwnym razie właściwa odpowiedź rozmywa się w ogólnej, skądinąd słusznej zasadzie, że skoro chcemy w coś trafić, to należy użyć przyrządów celowniczych - bo do tego broń została wymyślona, zwłaszcza na większych odległościach.
Tyle, że w samoobronie to tak nie działa. Zawsze chodzi o to, żeby trafiać. Dlatego tylko pozornie „podnosimy umiejętności” posługiwania się bronią w sensie ogólnym. I rzeczywiście - to się sprawdza na strzelnicy, o ile nie odnosimy się do realiów walki. Jeżeli jednak uwzględnimy stres i dynamikę zdarzeń w samoobronie, szybko okaże się, że zgrywanie przyrządów celowniczych, będąc w ruchu, do ruchomego celu, jest praktycznie niemożliwe (w tym kolimator).
A mówimy tu o samoobronie, czyli w około 80% przypadków o dystansie do 6 metrów. W tym: około 65% zdarzeń do 3 metrów i 14% do 6 metrów. To wyznacza zupełnie inny świat - zwłaszcza gdy w tej przestrzeni pojawia się napastnik. Tam w ogóle robi się problem z użyciem broni palnej, czego żaden strzelec nie bierze pod uwagę.
W sporcie z kolei nie da się zrobić wyniku, strzelając w ruchu do ruchomych celów - choćby dlatego, że trudno jest w ogóle stworzyć cele poruszające się w sposób nieregularny, tak jak w realnym zagrożeniu. Tymczasem nieprzewidywalność ruchu celu zmienia wszystko w aspekcie skupienia uwagi. Bo jak przenieść uwagę gdzie indziej, skoro muszę obserwować, jak porusza się "zagrożenie mojego życia"?
Dlatego w sporcie idzie się w precyzję - bo można.
Tymczasem strzelanie po zatrzymaniu lub w płynnym ruchu do nieruchomego celu jest w realiach obronnych nieadekwatne i prowadzi do konstruowania bardzo skomplikowanej techniki strzeleckiej. Techniki, która służy generowaniu wyników w warunkach zupełnie nieprzystających do realnych zagrożeń.
Bo kto widział legalne użycie broni wobec nieruchomego, nieatakującego człowieka z dystansu powyżej pięciu metrów? (W naszych realiach mówimy przede wszystkim o zagrożeniu niebezpiecznymi narzędziami - a wymiana ognia praktycznie nie występuje. To właśnie ona musiałaby uzasadniać takie warunki użycia broni).
W efekcie zakładamy możliwość skorzystania z jakości opartej na zupełnie innych warunkach tam, gdzie nie ma realnych szans, by z niej skorzystać. A w konsekwencji będziemy usilnie próbowali użyć techniki, która po prostu nie bardzo ma szansę zadziałać.
W strzelectwie bojowym również trzeba trafiać - ale musimy uwzględnić napastnika, ekstremalnie wysoki poziom stresu oraz dynamikę zdarzeń. A to zmienia wszystko.
W związku z tym próba stosowania techniki trudnej i statycznej, wymagającej wysokich umiejętności oraz określonych warunków, jest - jakkolwiek na to nie patrzeć - oderwana od rzeczywistości.
W strzelectwie bojowym, zwłaszcza obronnym, mając na uwadze wszystkie wcześniej wymienione czynniki, potrzebujemy techniki prostej, skutecznej w gwałtownym ruchu i odpornej na działanie stresu.
Paradoks polega więc na tym, że trenujemy techniki w przekonaniu, iż celność w statyce jest podstawowym kryterium skuteczności. W efekcie umiemy to, co trenujemy - a pamięć proceduralna będzie używać technik „nie na temat”.
Jeżeli trenujesz szybkość i precyzję poprzez skupienie uwagi na broni, w statyce, do nieruchomego celu, to w samoobronie może się okazać, że nie jest to najlepsze rozwiązanie…
I tak rozmawiamy na pewnym poziomie ogólności, bo widzenie tunelowe wyłącza możliwość użycia przyrządów celowniczych. Ograniczenie małej motoryki pozbawia nas możliwości stosowania trudnych technik strzeleckich. A napastnik w dużej mierze uniemożliwia robienie rzeczy w taki sposób, jak na strzelnicy - kiedy go po prostu nie ma.
Ale to już znacznie szerszy kontekst mechanizmu, który zmienia nasz sposób działania:
z tego, który chcielibyśmy kontrolować, na ten, którego używa nasz instynkt.
Tak więc „celowanie” może być równie dobre, co szkodliwe.
To tak do porannej kawy…
albo na podniesienie ciśnienia, zamiast.